Eliza i Gabryś na tropie...

Eliza i Gabryś na tropie...

     Wciąż ich widuję, przemykających na rowerach pod moimi oknami. Dzieciaki z misją. Pierwszy raz spotkaliśmy się w połowie sierpnia. Popołudniowy spacer po osiedlu domków. Niespiesznym tempem, podyktowanym przez małe nóżki trzyletniej Heli, zmierzaliśmy na pobliski plac zabaw. Wtem zobaczyliśmy koniuszek czarnego ogona wystający spod zaparkowanego auta. Kot to niebywała atrakcja, należy go niezwłocznie obejrzeć, koniecznie z bliska, oraz ustalić jaki ma kolor oczu i uszu. Zauważyłam, że kot chyba coś pożera, gdyż jego ogonek miarowo poruszał się. Ostrożnie obeszliśmy auto i jakież było nasze zdziwienie, kiedy zobaczyliśmy dzieciaki. Dziewczynka i chłopiec, z blond czuprynami przykrytymi kaskami rowerowymi, pochylali się z uwielbieniem nad łaciatym kotem i obserwowali jak je. Ich rowery leżały nieopodal, rzucone na chodnik. Kot był uroczy, więc wyraziłam swój zachwyt, że tak fajnie się swoim kotkiem opiekują. Okazało się, że oni nie mają kota, oni mają misję.  Jeżdżą i szukają głodnych kotów, by je nakarmić. "Karmę ZAWSZE mam przy sobie" - powiedziała z dumą Eliza. "My tak codziennie jeździmy i znamy większość kotów w okolicy" - dodał Gabryś. Oniemiałam. Dzieci, nie dość, że wybierają opcję ruchu na świeżym powietrzu, zamiast dzień cały tkwić przed komputerem, to jeszcze interesują się losem zwierzaków. Potem pomyślałam, że większość tych kotów na naszym osiedlu pewnie ma w domu obiadek, a karmę od dzieciaków wcina z łakomstwa, ale parę z nich na pewno miało pusty brzuszek. 

     Ich roześmiane buzie i ich kocia misja sprawiły, że i my się szerzej uśmiechnęliśmy. Fajne to było spotkanie. Niecodzienne.  Po powrocie ze spaceru pobiegłam do pracowni. Tam zanurzyłam się pomiędzy gnieciołkowe półki i wysupłałam stamtąd dwa małe gnieciołki z jednym uszkiem. Wybrałam wzór w kreski na niebie i kreski na żółtym, bo tak mi jakoś pasowały do Elizy i Gabrysia. Chciałam im coś od siebie dać, tak po prostu, bo to ekstra dzieciaki. Liczyłam na to, że się wkrótce na nich napatoczę, wtedy ich dopadnę i wręczę im torby. I tak się stało. Nie minęła godzina, a zauważyłam ich z okna. Oczywiście karmili kota. Klęczeli na chodniku jakieś 200 m od mojego domu. Chwyciłam gnieciołki i pognałam do nich. Radość była duża, wyrażona w uśmiechach i podskokach. Kot zerkał znad miski, co to za zamieszanie, ale nie przerwał posiłku. Pomachałam do nich i wróciłam do domu z bananem przyklejonym do twarzy. Późnym popołudniem nagle usłyszałam stukanie do drzwi. Idę, patrzę, a tu Eliza. W wyciągniętej ręce trzyma serce. Serce, a w sercu czarny kot. Przyjęłam, z zachwytu padłam, sece na lodówkę przypięłam i teraz patrzę. I co zerknę, to uśmiech mi wraca od razu.