Jak Gnieciołek ratował świat.

Jak Gnieciołek ratował świat.

    Jadę autobusem, tłok. Kiwam się na boki, z trudem usiłując dosięgnąć rurki. Ogólna duszność, która wypisuje się na twarzach pasażerów hasłem „Chcę już wysiąść!”. Korek. Obok mnie blondynka, nerwowo zerkająca na boki. W rękach dzierży sporych rozmiarów plik papierów i kilka kolorowych teczek z gumką. Pewnie jest totalnie spóźniona do jakiegoś biura - myślę. Każdy wiezie swoją historię i mieli teraz w głowie swoje myśli o obowiązkach, ważnych spotkaniach. Lubię patrzeć na ludzi i zgadywać dokąd jadą, gdzie pracują, jaki mają charakter. Ten mężczyzna w okularach chyba pracuje na uniwerku. Dwie rozchichotane dziewczyny na pewno studiują malarstwo lub inny artystyczny kierunek. Pomarańczowe palce i turkusowe plamki na koszulce oraz sporych rozmiarów rulon brystolu, aż krzyczą: Jesteśmy artystkami! Blondynka obok zrobiła się czerwona i zaczęła dziwnie przestawiać stopy, co w tym tłoku było abstrakcją. Może źle się czuje? Spojrzałam jej w oczy, ale ona uśmiechnęła się, tak jakoś przepraszająco. Nagle poczułam zapach słodki i ciut kwaśny. Autobus zahamował, a ja poleciałam prosto na chłopaka w dresie. Na szczęście w ostatniej chwili złapałam się rurki. Uff. Przystanek. Ludzie ruszyli do wyjścia, ja też, mimo, iż nie byłam jeszcze u celu. Miałam dość i postanowiłam ten kawałek podejść pieszo. Przed wyjściem wdepnęłam w coś mokrego i lepkiego. Z obrzydzeniem zerknęłam na swój but. Mokra strużka prowadziła dalej na chodnik i kończyła się spektakularną plamą obok torby blondynki. Dziewczyna nerwowo wyciągała na chodnik kolejne rzeczy ratując je od lepkiej katastrofy. Okulary, portfel, klucze leżały wokół niej.

- Masz babo kompot! - Powiedziała, zdesperowana. Bliska wrzucenia całej torby z zawartością do kosza.

Sięgnęłam po mokre chusteczki - przyjęła je z wdzięcznością i zaczęła ratować co się dało.

- Ciocia wcisnęła mi kompot z mirabelek. Stuknęłam o rurkę i słoik poszedł. Dokumenty szybko wyciągnęłam, ale reszta to katastrofa.

Wtedy pomyślałam, że przecież zawsze przy sobie mam zapasowego gnieciołka! Szast prast rozwinęłam pomiętą kulkę w zgrabną torbę - worek i postawiłam przed nią na suchym kawałku chodnika.

- Ale ja nie mogę!

- Proszę brać! Gnieciołek będzie bardzo rad, że uratował świat! ;)

Pobiegłam, a zapach mirabelek poleciał za mną. Uśmiechnęłam się. Szkoda tego kompotu. Musiał być pyszny.

A czy Twój gnieciołek miał jakieś przygody? Jeśli Twoja historia chwyci nas za serce, zostaniesz gnieciołkowo nagrodzony!