Zawsze marzyłam, żeby mieć mały domek. Albo choć namiot...

Zawsze marzyłam, żeby mieć mały domek. Albo choć namiot...

     Zawsze marzyłam, żeby mieć mały domek. Albo choć namiot. Nigdy nie miałam, więc tworzyłam konstrukcje z koca i krzeseł. Teraz, choć jestem już dorosła, moje marzenie wróciło, bo przyszła na świat Helenka. Pomyślałam, że stworzę dla niej najfajniejszy domek na świecie!  

     Pierwszy był ten z moich ramion, ale Hela rosła i zaczęła go opuszczać, by pełzać po świecie. ;) Następny z kartonu - świetny, ale szybko się podarł. Zaczęłam planować coś większego. Dotykałam delikatnej bawełny w pastelowych kolorach, liczyłam, mierzyłam, wycinałam, szyłam. Spędziłam wiele wieczornych godzin w stanie flow! Powstał wigwam - przepiękny, ale wciąż miałam poczucie, że to nie to. Był duży, miękki, miał okienka, ale zachęcał do relaksu, a nie do zabawy. Wzbudzał u wszystkich zachwyt, ale ciężko go było wytaszczyć na zewnątrz, bo był spory - no i ten stelaż z bambusów - długie to i niewygodne.

    Dzień mijał za dniem, a ja z tyłu głowy miałam projekt idealny. Wiele było pomysłów, lecz żaden mnie nie uwiódł. Dość tego - powiedziałam do siebie! Zatrzymałam się i zaczęłam patrzeć na dzieci - na Helę i na te wszystkie z którymi pracuję. Jestem scenografem i od 13 lat bawię się z dzieciakami w teatr - wymyślam dla nich warsztaty i razem tworzymy kostiumy i scenografię. A jakie są te moje dzieciaki? Lubią być w ruchu, są bardzo kreatywne i nie trzeba im podawać wszystkiego na tacy, bo to, co przegadane szybko się nudzi. Nauczyłam się, że dobrze jest zostawić im sporo przestrzeni - do nazwania, oswojenia. Lepiej coś tylko zasygnalizować - dać czystą formę i inspirację, a one już same zrobią z tego teatr.

    Olśniło mnie - prosta forma i moja ukochana biała impregnowana tkanina, która, gdy się ją pogniecie, wygląda jak papier - szlachetnie, a jest przy tym bardzo mocna! Może kształt walca - bo po co kanty? Daszek - stożek dodałam, gdy zobaczyłam na filmie afrykańską wioskę! Jest idealnie! Koniecznie dwa wejścia - żeby był przepływ. Ale co z konstrukcją? Żadnych bambusów - o nie - chcę lekkości i prostoty! Całość ma wisieć na jednym sznurku! To może tunel i kółko z rurki wewnątrz?         

    Pierwsza próba nieudana - zbyt sztywna rurka deformuje się, a domek traci kształt. Znów myślę, szukam, ale jestem coraz bardziej zniechęcona - jestem już tuż tuż, a tu ściana. Dzień i noc w tle wciąż szukam rozwiązań. Podłogę wyłożyłam okrągłą matą - domek się ustabilizował. Wciąż brak rurki. Znalazłam w Internecie sklep z fiszbinami - zamówiłam i mam nadzieję, że się sprawdzi… czekam na kuriera… mija dzień i drugi, a mój domek wygląda jak sflaczały wyrzut sumienia. Wreszcie jest przesyłka - rozrywam karton, dotykam delikatnej rurki, martwię się, że może za wiotka… Nic to -  docinam odpowiedni kawałek i wprowadzam w tunel. Jest. Rzut oka na domek. Waham się. Czegoś brakuje - aha! Podchodzę do gotowego, bielutkiego domku, chwytam za nożyce i ciach, ciach! Szybka decyzja - w daszku i ścianach wycinam kółeczka - małe okienka w sam raz na rączkę.

    Hela wbiega do pracowni i ma zachwyt w oczach. Obserwuję ją z boku. A ona: KU KU - to ręka, to oko zagląda przez dziurkę, zając uszy wystawił i schował, by zaraz pokazać się w innym miejscu. Uff. Udało się!

    Domek KUKU wymyśliłam z dziećmi - dla dzieci. Raz jest sklepem, raz teatrem cieni, budą psa, a raz schowkiem. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie weszła do środka, więc włażę i tam z Helą czytamy bajki. Wreszcie mam domek idealny - i sama go stworzyłam! A latem wyniosę go do ogrodu i przywiążę do gałęzi. Nie mogę się już doczekać!