O smutnym koniu

O smutnym koniu

     Koń od pewnego czasu stawał się coraz bardziej smutny, a nawet ponury. Inne zwierzęta dostrzegły to i postanowiły mu pomóc - zorganizowały imprezę specjalnie dla niego, ale to tylko pogorszyło sytuację. Lama podrzuciła mu poradnik "Jak rżeć ze szczęścia każdego dnia", ale tylko kopytem machnął i książka poszybowała w kąt. Było coraz gorzej, stracił zupełnie apetyt, tylko patrzył w sęk w desce na ścianie przez cały dzień. Minął jeden dzień, drugi i trzeci... W końcu myszka nie wytrzymała - wypchnęła sęk i stamtąd spojrzała mu prosto w oczy. Trwało to dłuższą chwilę i jeszcze trochę, aż koń wreszcie mrugnął i jakby lekko się poruszył. I wreszcie pierwszy raz od dawna szczerze z kimś porozmawiał. Okazało się, że chciał być pożyteczny, zrobić coś sensownego, zaistnieć... a wciąż kazano mu czekać z boku. Czekanie... czekanie... a on chciał już, teraz, coś! Mysz uciekła... tylko koniuszek ogonka mignął w dziurce po sęku i znikła. Konia aż przytkało - chyba ją przerosło moje wyznanie - westchnął ciężko. Opuścił nisko głowę. 
Ale po chwili usłyszał znajomy chrobot pazurków i odgłosy pozostałych zwierząt, które przyniosły dla niego ...sukienkę. Była czarna, mięciutka, z figlarnym zapięciem.
- Wskakuj! - zapiszczała mysz.
- Ja? Mam to ubrać? Chyba zwariowałaś?
- Wskakuj na kieszonkę! Jest robota!
- Ahaaa
I wskoczył. I pięknie mu tam. Idealnie, a kobitki się cieszą. Sens wrócił. Jest po co ruszać rano kopytem. A to jeszcze nie koniec drogi - dziś rano przy porannej owsiance pomyślał, że chętnie wskoczyłby również na męski ciuszek. Kto wie, kto wie... :)