Pewnego dnia...

Pewnego dnia...

     Pewnego dnia moja praca wypełzła na balkon. Najpierw gigantyczne kredki zablokowały przejście do kuchni. Wściekle szorowały rysikami po suficie i za nic nie chciały ustąpić. Potem było gorzej. Musiałam napełnić powietrzem ogromnego konia, którego uszyłam do spektaklu. Powietrze huczało, a on zaczął trzeszczeć. Przeraziłam się, że zaraz pęknie, ale w tym momencie puff - wystawił swój wielki łeb na balkon. Ciśnienie spadło, ale tekstylny rumak nieźle narozrabiał - przewrócił farbę na wieszak z kostiumami, a na to rozsypał szpilki. Zrozumiałam, że czas znaleźć nowe miejsce. 

    Wpadło mi w oko ogłoszenie: Dom do wynajęcia 25 km pod Poznaniem, tanio. Pojechałam zobaczyć. Przestrzeń owszem była, ale wieś zabita dechami, parę chałup, poza tym nic, nawet sklepu. Dam radę, pomyślałam i zdecydowałam się. Przeprowadziłam się tam z synem. A potem dołączył do nas ON.

      Jest taka mała wieś Przyborówko i tam się spotkaliśmy. Od razu się zapatrzyłam w jego brązowe oczy. Szybko naszła mnie myśl, że mógłby zamieszkać z nami. I tak się stało. W schronisku był zaledwie parę dni, zgarnięty z ulicy. Na początku bał się wszystkiego, powoli oswajał nową rzeczywistość. Nasz Melon.

      Na wsi rzuciłam się w wir prac ogrodowych, karczowałam pokrzywy i osty mutanty, zimą walczyłam z zaspami i paliłam w piecu. W jednej części domu miałam pracownię, a w drugiej przestrzeń do życia. Melon jak francuski łącznik przemycał na ogonie kolorowe nitki z pracowni do sypialni. Tak! Nareszcie nie musiałam spać pośród rekwizytów teatralnych! I nagle ten raj musiałam położyć na jednej szali, bo na drugiej siedział już mój syn. Poziom w jego gimnazjum okazał się żałosny. Momentalnie podjęłam decyzję: wróciliśmy do miasta, a Melon z nami. Wynajęłam pracownię i często zabierałam go ze sobą. Leżał na starej podłodze i wodził za mną wzrokiem, lubił bym była w polu widzenia.

     Kiedyś zasiedziałam się, zrobił się wieczór, mżyło. Biedny pies, pomyślałam, tyle godzin bez spaceru. Wyszliśmy. Wlokłam nogę za nogą, nieobecna, myśląc wciąż o pracy. Nagle spojrzałam na Melona - stawiał uszy i penetrował okolicę niczym surykatka. Robił to z taką powagą i poczuciem misji, że wybuchnęłam śmiechem. Był po prostu tu i teraz. Zatrzymałam się i poczułam tę noc jak on: wilgoć na twarzy, kolorowe światła odbijające się w mokrym asfalcie i zapach zbutwiałych liści mieszający się z przyprawą garam masala z wegańskiej restauracji. Odetchnęłam. Poczułam ogromną wdzięczność: Melon, jesteś wielki! Jesteś moim guru! My guru! My guru - powtórzyłam. Przyjęłam ważną lekcję od mojego psa. A inne zwierzęta? Kto jeszcze może być moim guru? Kot? Słoń? Tak! Nawet mysz!

    Wtedy wykonałam kwantowy skok do innej rzeczywistości - poczułam, że to jest wartość, którą chcę się podzielić z innymi. Tak wymyśliłam markę My Guru. Włożyłam w nią prócz serca to, co mam najcenniejszego - moją kreatywność, a Melon swoją mądrość, by tworzyć rzeczy inspirowane mądrością zwierząt.

    Teraz, kiedy mamy swój sklep internetowy i klientów, którzy do nas wracają przyszedł moment, że Melon musi wrócić do schroniska...

    On tam musi wrócić, ale po to, by pomóc innym. Będzie tam wracał co miesiąc z pakunkiem dla swoich psich braci. Postanowiliśmy, że od każdej sprzedanej rzeczy 5% pójdzie na ten cel, bo zbyt wielu Guru jest głodnych.